Zielona Szkoła 2011

Z pamiętnika chyrowego podróżnika:

Dzień 1.

Przyjechaliśmy na miejsce planowo. Chyrowa powitała nas piękną pogodą jaka tylko we wrześniu być może. Prawdziwie letnie słońce mieniło się w lekko już złocących się liściach drzew. Bosko! Na początek stanęliśmy przed trudnym zadaniem, robiliśmy latawce, które potem chcieliśmy posłać w przestworza...
Powstało kilka na prawdę pięknych egzemplarzy. Nie wszystkie jednak dały się unieść wiatrowi, po kilkunastu sekundach spektakularnego lotu, równie spektakularnie spadały w dół... Niektóre nie wytrzymywały presji czasu i sytuacji – totalnie się rozsypały. Ale liczą się chęci. Widać było, że chciały polecieć.
Po obiedzie poszliśmy ‘w pole’ – szukać natchnienia. Modelki w pięknych kapeluszach i zwiewnych sukienkach wdzięcznie pozowały wśród zieleni, a później także w deszczu. Jako, że nic nie trwa wiecznie – opady ustały i my też. Jednak to jeszcze nie koniec. Późnym popołudniem postanowiliśmy poznać nieco tutejszą historię, w tym celu nasz gospodarz zabrał nas do pobliskiej cerkwi. Potem  w chyrowym zaciszu wieczorem odbył się pogański chrzest niewiniątek pierwszego roku. Było to na tyle traumatyczne przeżycie, że oszczędzę jego dokładnego opisu. Na otarcie łez dostaliśmy kiełbaski z niemalże domowego ogniska oraz solidną porcję śpiewu przy akompaniamencie gitary. Po ognisku natomiast, co nikogo nie zdziwiło, wszyscy udali się na spoczynek. Ale jak to powszechnie wiadomo, w nowym miejscu ciężko się śpi.
 
Dzień 2.
 
Wczesnym rankiem, skoro świt zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w pieszą wędrówkę do pustelni św. Jana z Dukli. W drodze usłyszeliśmy nie jedną prawdziwą historię z życia... Cały peleton prowadziła zawodniczka w czerwonej koszulce. Kiedy dotarliśmy na miejsce musieliśmy wykonać mission almost impossible, czyli szkice... Ale daliśmy radę! Po powrocie eksperymentowaliśmy z techniką o tajemniczej nazwie...monotypia. Efekty były zaskakujące! Po zmyciu farby z rąk, ruszyliśmy do naszych domostw z głowami pełnymi wrażeń. Szkoda, że wrzesień jest tylko raz w roku...